Strony

czwartek, 22 listopada 2012

Mizantropia lustra

Znów trochę zejdę z docelowej tematyki bloga. Dziś przedstawię swoje opowiadanie, które w 2010 roku zdobyło pierwszą nagrodę w Młodzieżowym Konkursie Literackim "Aspekt". 
Zanim ktoś powie, że to plagiat: opowiadanie umieszczałam na innych stronach, zazwyczaj pod nickiem Ichigo. Jedną z takich stron jest FantazyZone.

Mała ciekawostka o opowiadaniu: akcja rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym Drewnica w Ząbkach pod Warszawą oraz w lesie należącym doń. Często chodziłam tam na spacery z psem, ponieważ zagarnęli najładniejszą część lasu i było tam po prostu klimatycznie. Gdyby ktoś chciał się wybrać do Drewnicy, to idąc ścieżką naszych bohaterów, trafi na te same budynki, "klatki", etc. :) Rozważam narysowanie mapy do opowiadania.

W takim razie, zapraszam do poczytania, nie jest to długie :)


MIZANTROPIA LUSTRA


I. Marry

Ciemność. Wszystko było nią spowite: mały pokoik, jedno okienko, liche łóżko. I ogromne wiktoriańskie lustro. Syk. Błysk światła. W stęchłym powietrzu zaczął unosić się zapach siarki. W tafli zwierciadła odbiła się blada twarz młodego mężczyzny. Zapalił świecę. Jedną, potem następną i następną. Trzynaście żółtych, śmierdzących świec ze świńskiego tłuszczu. Musiał to zrobić. Nie mógł się już wycofać, wyszedłby na idiotę i tchórza.  Odwrócił głowę w stronę kąta przy drzwiach do pokoju. Na górze czerwona dioda kamery pulsowała rytmicznie. Szklane oko urządzenia obserwowało każdy jego krok. Spojrzał na swoje odbicie. Wystraszone blade oczy, biała skóra, lekko rozchylone wargi.
- To na pewno ja? – Zmierzył wzrokiem osobę po drugiej stronie lustra. Przecież to tylko głupia historyjka do opowiadania na obozach. Nie może być prawdą. Według legendy, jeżeli stanie się nago przed lustrem, w pokoju oświetlonym jedynie świecami i wypowie się jej imię trzynaście razy... w zwierciadle pojawi się Krwawa Marry. Podobno wydrapuje ludziom oczy, lub wciąga ich do lustra. Zdjął koszulkę i rzucił ją na łóżko. Musiał to zrobić. Inaczej nie przyjmą go do grupy. Zawsze marzył o tym, żeby kumplować się z najpopularniejszymi ludźmi na uczelni. Teraz ma szansę spełnić to marzenie. Nie może się wycofać. Nie może stchórzyć. Chwilę potem obok koszulki wylądowały spodnie, majtki i skarpety. Serce zaczęło bić mu mocniej. Czuł, jak mięsień obija się o jego żebra. Stanął przed lustrem. Ręce mu drżały.
- Krwawa Marry… - Cichy szept rozdarł ciszę - …Krwawa Marry… - Jeszcze jedenaście razy - …Krwawa Marry… - Głos drżał mu coraz bardziej - …Krwawa Marry… - Zamknął oczy – …krwawa Marry, Krwawa Marry, Krwawa Marry, Krwawa Marry, Krwawa Marry, Krwawa Marry… - Jeszcze trzy razy… Wziął głęboki wdech i wykrzyczał:
- Krwawa Marry, Krwawa Marry, KRWAWA MARRY!!! – Dyszał. Pot spływał po całym jego ciele. Otworzył oczy. Nic się nie działo. Odetchnął i zaczął się śmiać. Spojrzał na odbicie kamery. Zmarszczył czoło. Powoli przeniósł wzrok na swoją sylwetkę w zwierciadle.  Źrenice mu się zbiegły. Po drugiej stronie lustra widniała zgniła twarz kobiety. Na policzkach i czole miała głębokie rany po ostrzach. Wpatrywała się w niego wstrętnymi żółtymi oczami, uśmiechając się ohydnie. Z gardła chłopaka wydobył się cichy jęk przerażenia. Krwawa Marry. Niestety udało mu się. Kobieta rzuciła się na niego z przerażającym krzykiem. Na ramionach chłopaka pojawiły się głębokie ślady paznokci. Po chwili przed lustrem nie było już nikogo. Świece ze świńskiego tłuszczu rzucały mdłe światło na jego taflę. Dioda kamery pulsowała rytmicznie…


II. Szpital

Kroki. Nerwowe i szybkie. Ich echo niosło się gdzieś daleko. Pomarańczowy blask latarni oświetlał drobną postać. Jej twarz była otulona grubym wełnianym szalikiem. Spod zimowej czapy łypały wielkie orzechowe oczy. Pod pachą niosła średniej wielkości zawiniątko. Śnieg prószył powoli, od czasu do czasu wirując pod wpływem wiatru. Spadające płatki skutecznie utrudniały widoczność, nie miały w sobie jednak dość mocy, by dłużej utrzymać się na powierzchni mokrego chodnika. Dziewczyna zmrużyła oczy i przyspieszyła kroku. Teren szpitala psychiatrycznego w Ząbkach nocą nie wydawał się przyjazny. Poniszczone ławeczki, obskurne murki, odpryśnięta farba ścian budynków… I niesympatyczny pomnik człowieka wśród starych drzew. Rozglądała się nerwowo, wyraźnie czegoś szukając. Wreszcie stanęła naprzeciw jednego ze starych, śmierdzących domów. Tabliczka przy wejściu do środka głosiła, iż znajduje się przy oddziale numer trzy. Dziewczyna przełknęła głęboko ślinę. Ścisnęła mocniej zawiniątko i nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się bez problemu. Spojrzała jeszcze za siebie, po czym zniknęła w mrokach budynku.
Dziewczyna opuściła szalik z ust i nosa. Od razu uderzył ją nieprzyjemny zapach stęchlizny. W starych, drewnianych oknach gwizdał wiatr. Pod sufitem wisiała zakurzona i podniszczona lampa. Dziewczyna rozejrzała się, próbując dostrzec schody. Wytężała wzrok jak tylko mogła, ponieważ światło żarówki nie sięgało zbyt daleko. W rogu, w głębi korytarza, dostrzegła coś, co przypominało stopnie. Podeszła tam powoli. Z każdym jej krokiem podłoga skrzypiała żałośnie. Nieświadomie z całej siły zaciskała palce na zawiniątku.
Będąc kilka kroków od domniemanych schodów, zatrzymała się, na chwilę podniósłszy kąciki ust co przypominało krótkotrwały uśmiech. Odetchnąwszy głęboko, kaszlnęła. Spojrzała na kamienne stopnie i metalową poręcz. Powoli ruszyła na górę. Pokój 15, na poddaszu… Bała się. Nie wiedziała, co się stanie, kiedy już zacznie to robić. Wchodziła powoli. Mimowolnie zaczęły trząść jej się ręce. Pokój numer 15. Włożyła dłoń do kieszeni i wyjęła z niej duży klucz. Wsunęła go do zamka i przekręciła. Raz i drugi. Otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się lichy pokoik z jednym łóżkiem i małym okienkiem. Pośrodku stało wielkie lustro, a na podłodze było pełno rozlanej, śmierdzącej stearyny. W górnym kącie znajdowała się szara kamera. Wraz z pojawieniem się dziewczyny, dioda urządzenia zaczęła pulsować. Młoda kobieta zamknęła drzwi i podeszła do łóżka. W jej oczach pojawiły się łzy. Na nieświeżej pościeli leżały byle jak rzucone ubrania. Serce zaczęło bić jej szybciej. Jęknęła cicho i spojrzała w lustro. Pobladła jak ściana, drżąc na całym ciele. Rozebrała się. Wzięła zawiniątko w obie ręce i usiadła po turecku na podłodze przed lustrem. Łzy płynęły jedna za drugą po jej policzkach. Wpatrywała się w paczuszkę, którą trzymała w swoich dłoniach. Zamknęła oczy. Makijaż, który na sobie miała, kompletnie się rozmazał. Wyglądała żałośnie i… strasznie. Zaczęła rozwijać rzecz, którą ze sobą przyniosła. Odrzuciła kawałek materiału gdzieś obok lustra. Teraz na jej nogach spoczywało duże drewniane pudełko z wypalonym napisem „Ouija”. Gotka przygryzła wargę. Wiedziała, że to niebezpieczne, że wszystko źle się skończy. A jednak musiała to zrobić. Trzęsącymi się dłońmi odkryła wieko pudełka. Następnie wyjęła z niego tabliczkę z alfabetem oraz wskaźnik. Odwróciła się i z kieszeni płaszcza wydobyła kawałek kartki, długopis, małą świeczkę i zapalniczkę. Zapaliła świeczuszkę i wzięła głęboki oddech. Położyła obie dłonie na wskaźniku. Łzy płynęły po jej twarzy ciurkiem, zostawiając szare ślady na policzkach. Otworzyła drżące usta i cichym, chrapliwym głosem powiedziała:
- A… Adam? Jesteś wciąż tutaj? – Płakała ze strachu. Tak bardzo nie chciała tego robić. Tak bardzo… Jej ręce drgnęły. Wskaźnik zaczął szaleć po tabliczce, pokazując poszczególne litery. A te układały się w słowa „Uciekaj stąd. Teraz!”. Gotka spojrzała na kamerę.
- Nie mogę… Muszę się dowiedzieć jak tam jest. Bo oni nie dadzą mi spokoju. – Oderwała dłonie od wskaźnika i chwyciła kartkę z długopisem. Notowała, nie patrząc na papier. Kolejne litery układały następne zdania. Opis piekła, w jakim się znajdował, jęków, dziwnych oczu i postaci. Ale najbardziej z tego wszystkiego przestraszyło ją ostatnie zdanie: „Nie patrz w lustro”… Przerażona odruchowo przeniosła wzrok na taflę zwierciadła. Jej źrenice zbiegły się do granic możliwości. Po drugiej stronie widniała twarz Adama. Zniekształcona. Częściowo zgniła, pokryta licznymi szramami.  Z pustymi oczami i zębami jak u kozła. Pokręcił powoli głową. Obok niego pojawiła się druga, lecz tym razem kobieca, twarz. Również zgniła i poraniona. Z dzikimi żółtymi oczami i wstrętnym uśmiechem. Dziewczyna natychmiast odsunęła się na kolanach pod ścianę naprzeciw zwierciadła. Chciała uciec z pokoju, ale drzwi były zamknięte. Klucz spoczywał w dłoni kobiety z lustra, która machała nim radośnie, śmiejąc się. Dziewczyna patrzyła w kamerę i krzyczała. Nic się nie działo. Odwróciła głowę. Obok niej kucała naga kobieta. Ta sama, którą widziała w lustrze. Sparaliżowana strachem nie mogła nic zrobić. Upiór patrzył na nią, uśmiechając się. Dziewczyna spojrzała jej w oczy. Po chwili leżała z rozerwanym gardłem, z pustymi oczodołami. Dioda kamery pulsowała rytmicznie…


III. Lustro

            Dwie sylwetki. Dziewczyna i chłopak. Oboje milczą, na głowach mają worki. Są poplamieni krwią. Czerwona ciecz na białej skórze. Wokół ciemność i cisza, nie ma niczego. Dziewczyna powoli unosi materiał, który zasłania jej twarz…
Staruszek zerwał się z krzykiem, zlany potem. Rozglądał się nerwowo. Dyszał. Przerażony patrzył w mrok sypialni. Spuścił nogi na podłogę i schował twarz w dłoniach. Teraz już wie, że musi. Bo będzie tylko gorzej. Ubrał się pospiesznie i zaczął czegoś szukać.
***
Gęsty mrok zimowej nocy był nieprzychylny staremu człowiekowi. Nagie gałęzie potężnych drzew przybierały różne kształty. Mężczyzna szedł tak szybo jak mógł, potykając się o wystające korzenie. Przed oczami miał ciągle twarz tej dziewczyny. Wargi drżały mu z przerażenia. Pod zimowym płaszczem ukrywał saperkę. „Ruszaj się! I nie patrz w lustro!” w jego umyśle rozległ się ostry syk. Spróbował iść jeszcze szybciej. Na skroniach starca pojawiły się kropelki potu.
- Dlaczego ja?  Przecież mogliście wybrać kogoś młodszego… Jestem tylko niedołężnym staruchem... – Zaczął cicho łkać, coraz bardziej przyspieszając kroku. Nie chciał znów zobaczyć jej twarzy. „Cisza! Rób co mówię, pospiesz się!” syk stawał się nie do zniesienia. Mężczyzna w końcu znalazł się na wielkiej polanie. Wszędzie rosły pękate sosny, a pod starym drzewostanem znajdował się zaniedbany sad. Wszystko pokrywała warstwa białego puchu. „W prawo. Szybciej!”. Staruszek przystanął. Oparł ręce na kolanach i wydyszał:
- Daj… mi… chwilę…!
- „RUSZAJ SIĘ!!!” – Przed oczami mężczyzny stanęła wysoka, blada dziewczyna. Z twarzy zaczęły odpadać jej kawałki skóry, miała puste oczy. I poszarpane gardło. Staruszek jęknął. „Szybciej!!!”. Dysząc z przerażenia i zmęczenia, mężczyzna zaczął iść w stronę szpitala.
            Wkrótce dotarł do asfaltowej drogi, prowadzącej do centrum terenu ośrodka. Rozglądał się, nie wiedząc czego szukać. Stanął pomiędzy terenem ogrodzonym siatką, co przypominało wielką klatkę, i boiskiem do koszykówki.
- Gdzie teraz? – rzucił cicho w przestrzeń. Nie usłyszał odpowiedzi. Za to przed oczami pojawił się obdarty budynek, stara tabliczka i pożółkłe drzwi z numerkiem. Staruszek mimowolnie spojrzał w lewo. Na lekko przysypanej śniegiem tabliczce udało mu się odczytać „Oddział nr 3, Drewnica”. Ominął wielką klatkę i udał się do budynku. Wszedł do niego powoli po kamiennych schodkach. W środku unosił się zapach stęchlizny, a spod sufitu jedna żarówka rzucała słabe światło. Udał się na poddasze. Jego oczom ukazało się kilkoro drzwi. Na jednych wisiał złoty numerek: 15. Dokładnie takie, jakie pokazały mu zjawy. Przełknął głośno ślinę i ruszył ku nim. Nacisnął klamkę. Zamek ustąpił od razu. „Nie patrz w lustro!”. Naprzeciwko wejścia stało odwrócone bokiem wielkie wiktoriańskie zwierciadło. Mężczyzna podszedł do niego od tyłu. Położył już dłonie na ramie, gdy w jego umyśle znów rozległ się syk: „Kamera! Nie patrz w kamerę! Zniszcz ją!” starzec dostrzegł pulsujące czerwone światełko. Odwrócił głowę w bok i z wyciągniętą ręką podszedł do urządzenia. Wspiął się na palce i chwycił je. Zaczął się z nim szarpać. Po chwili jednak kamera ustąpiła i wylądowała z trzaskiem na podłodze. Mężczyzna zabrał ją z drewnianych desek i wyrzucił przez małe okno. Uderzając o asfalt, urządzenie rozpadło się na kilka części. Czerwona dioda powoli gasła. „Teraz lustro. Pospiesz się, ona przyjdzie!”. Rozejrzawszy się, starzec wziął z łóżka byle jak rzucony płaszcz. Zakrył nim taflę zwierciadła, a sam podszedł do lustra od tyłu i chwycił za ramę. Z trudem podniósł mebel i powoli wyszedł z pokoju. Pojękując co jakiś czas, zszedł na parter. Parę razy się poślizgnął i omal nie upuścił lustra, ale zawsze w samą porę łapał równowagę i poprawiał zwierciadło w dłoniach. Pospiesznie opuścił budynek i dysząc udał się z powrotem na polanę. Co jakiś czas przystawał na chwilę, chwytał ramę w innych miejscach i szedł dalej. „W prawo, za tą sosną. Kop tu!” usłyszał gdy tylko dotarł na środek polany. Położył zwierciadło na śniegu, a sam wydobył spod płaszcza szpadel i zaczął dźgać zmarzniętą ziemię. Walił w podłoże ostrzem szpadla coraz mocniej, ale zrobił tylko kilka małych dołków. Pot ciekł strugami po jego skroniach, coraz bardziej rozpaczliwie walił narzędziem w zamarzniętą ziemię, ale ta ani myślała ustąpić. W końcu, po około godzinie nieustannego kaleczenia podłoża szpadlem, udało mu się wykopać dołek o głębokości mniej więcej pół metra. „Rozbij lustro! Nie patrz w nie! Rozbij!!!” głos w jego głowie syczał cały czas, odkąd przestał kopać. Mężczyzna otarł czoło rękawem i podszedł do zwierciadła. Chwycił szpadel oburącz i zamachnął się, chcąc uderzyć w kryształową taflę. Stłumiony płaszczem brzęk tłuczonego szkła wypełnił nocną ciszę. Starzec wymierzał kolejne ciosy, a drewniana ściana za kryształem zaczęła powoli pękać. Lustro leżało w kawałkach na białym puchu. Rama znalazła się gdzieś wśród sosen. Mężczyzna, dysząc ze zmęczenia, nakładał na łopatę kolejne porcje szczątek zwierciadła i wrzucał je do dołu. Kończył właśnie zasypywanie ostrych odłamków, kiedy poczuł za sobą czyjąś obecność. Wyprostował się i powoli odwrócił głowę. Nie zdążył nawet zerknąć na osobę, która go obserwowała. Ciepła krew polała się strugami, rozpuszczając śnieg. Kręgosłup starca leżał obok jego martwego ciała…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz